środa, 16 lutego 2022

O mnie - kim jestem

Prywatnie JESTEM SZCZĘŚLIWĄ, SPEŁNIONĄ KOBIETĄ, której dane było odnaleźć miłość swojego życia. Był taki czas, kiedy los wystawił nas na ciężką próbę (więcej we wpisie Gdy lekarz wydaje wyrok...). Udało nam się jednak odzyskać siebie i w pełni odbudować jakość relacji. Właściwie mogę powiedzieć, że dostałam drugą szansę na życie, co nauczyło mnie, by nigdy już go nie marnować na lęki, niepewności, rzeczy nieistotne, i żeby nigdy więcej nie dać sobie wmówić winy. Skrajne doświadczenia zmieniają nas. Mnie moje (nasze) doświadczenie nauczyło, jak mierzyć się z wewnętrznym krytykiem i wszystkimi wewnętrznymi sabotażystami, uzmysłowiło, że nie ma na co czekać z realizacją marzeń i planów. Żyję, żyjemy, więc żyjmy pełnią siebie i spełniajmy się w każdej dziedzinie życia, we wszystkim, na czym nam zależy. Miłość to najważniejsze, o co w moim życiu chodzi. Dbać o nią, cieszyć się nią, każdego dnia doświadczać i poddawać się jej - właśnie tak warto żyć!


JESTEM MATKĄ
Pragnęłam tego i uważam, że bez tego moje życie, moje doświadczanie siebie jako kobiety, byłoby niepełne. Wraz z narodzinami syna wszystko stanęło na głowie - wciąż uczę się dzielić swoją energię na potrzeby własne i potrzeby małego człowieka, którego tak wiele trzeba nauczyć. Macierzyństwo ubogaca i ogranicza jednocześnie, a pomiędzy tymi dwiema jakościami nieustannie dzieje się wspaniała przygoda, w której udział bierzemy zawsze Tu i Teraz. Rodzicielstwo obnaża prawdę o nas, zmusza, by przekonania, idee i wizje życia wcielić do codzienności lub pożegnać się z nimi, jest jak papierek lakmusowy, który pokazuje stopień naszej autentyczności. To bywa nieprzyjemne, ale stanowi też najlepszą okazję do tego, by nasz ideał życia przenieść z głowy do rzeczywistości. Dziecko to bowiem istota doskonale prawdziwa, autentyczna, zdolna wyczuć każdy cień fałszu bądź niezgodności - i skonfrontować nas z tym. Dlatego, mimo częstego zmęczenia i przebodźcowania - uważam moje  macierzyństwo za coś, co umożliwia mi stawanie się najlepszą wersją siebie. 

Z zawodu JESTEM NAUCZYCIELKĄ JEZYKA NIEMIECKIEGO. Ale pracowałam w zawodzie tylko jeden rok. Nie czuję się dobrze w obecnym systemie szkolnictwa. To nie dla mnie. Moim jedynym uczniem jest obecnie tylko mój kilkulatek. Przy nim uczę się na nowo, jak uczyć. Odstawiam na bok całą szkolną pedagogikę, dydaktykę - i lecimy na żywioł. Po prostu otaczam moje dziecko językiem, mówię w nim do niego, bawimy się, czytamy, karmimy po niemiecku koty i po niemiecku gotujemy. Słucham, w jaki sposób w małym człowieku kształtuje się język ojczysty i język obcy... i jestem tym po prostu zachwycona. 


JESTEM TWÓRCĄ
Kocham tworzyć, a tworzę - pisząc. Od dziecka wiedziałam, że właśnie to chcę robić. I chociaż miałam w życiu kilka przerw od pisania (kiedy Wewnętrzny Krytyk próbował przekonać mnie, że tak będzie lepiej), dziś ostatecznie nazywam siebie twórcą, ponieważ stanowi to ważną część mnie, jest jednym z rdzeni mojej istoty - jednym z tych rdzeni, przez które płynie życiowa siła. O czym piszę, jak i dlaczego to robię, można przeczytać we wstępie w zakładce Moje publikacje.

 
JESTEM SŁOWIANKĄ
Na co dzień i od święta, choć chyba najświętsza jest dla mnie właśnie ta codzienność, wszak  święta pozbawione odczuwania jej świętości byłyby pustą zabawą. Jestem Słowianką z pochodzenia, ale też z wyboru. Żyję w słowiańskim narodzie, który się wyparł swoich korzeni, schizofrenicznie gardzi nimi i boi się ich, choć przecież jego cała kultura ludowa oraz obrzędowość są z nimi silnie zrośnięte.

Jestem Słowianką duchem, duszą i ciałem. Jestem Słowianką w domu, w pracy, w ogrodzie, na ulicy, wtulona w ramiona ukochanego mężczyzny i tuląc w ramionach ukochane dziecko. Słowiańska duchowość kształtuje moje myśli, zachowanie, odbiór rzeczywistości, słowa i czyny.  Wynikający z niej system wartości nie pozwala na śliskie kompromisy, wymówki i usprawiedliwienia. Gdy się pojawiają, czuję się jak zaprzaniec. Dlatego wolę działać zawsze w zgodzie z tymi wartościami, w zgodzie ze sobą, ze światem, z przyrodą i z własnym przyrodzeniem (naturą).

Słowiańszczyzna wniknęła w moje kości, gdy byłam na to gotowa, nadając jedynie rodzime boskie imiona zjawiskom i siłom, których już doświadczyłam lub o których już miałam jakieś pojęcie. Dlatego duchowość ta jest we mnie żywa i pełna, co się rzadko (jeśli w ogóle) zdarza ideom i wartościom, wybieranym przez umysł, lecz bojkotowanym przez zaprogramowaną na coś innego podświadomość.

NIE JESTEM KATOLICZKĄ
Od rodzinnego katolicyzmu zaczęłam odchodzić już jako dziecko, obserwując jego niezgodności z odczuwanym przeze mnie światem. Jako kilkuletnia (6-8 lat) dziewczynka marzyłam, by kiedyś napisać poemat znoszący granice między katolicko pojmowanymi pojęciami dobra i zła, widząc już wtedy, że działa tutaj wahadło, którego nie sposób zatrzymać, które nie pozwala na stan równowagi, wahadło, które zawsze i w nieskończoność ciągnie od jednej do drugiej strony, a potem na odwrót. W tym "poemacie", który w sobie rozwijałam, udało mi się zbratać sztucznie skłócone pojęcia, zjednoczyć je i zrównoważyć, wychodząc już wtedy - jak z perspektywy lat się okazało - ze słowiańskiego podejścia do życia. W kolejnych latach podejście to coraz krytyczniej kazało mi patrzeć na stosunek Kościoła katolickiego do przyrody, do zwierząt, do żeńskości. Drażniła mnie hipokryzja. Nie podobał mi się katolicki materializm, powodujący wyparcie wszelkiej wiedzy dotyczącej energii oraz działań duchowych i energetycznych (choć te, jak również magia w najczystszej postaci, jak na ironię, są wykorzystywane przez katolickich duchownych). Dogmaty zaprzeczały mojemu odbiorowi świata, a nachalne i nieznoszące sprzeciwu "ewangelizowanie" czyniło niemożliwym rzeczywisty dialog. W końcowym etapie tego procesu, błędnie ocenianym jako bunt nastolatki, doświadczyłam działań manipulacyjnych, a niekiedy nawet sposobów iście inkwizycyjnych, które miały na celu zatrzymać mnie przy katolicyzmie. Działania te dały mi dodatkowy wgląd w instytucję Kościoła, zahartowały i sprawiły, że wszelkie przejawy manipulacji, także te dobrze ukryte i owinięte w subtelności, stały się dla mnie widoczne jak na dłoni, co później wielokrotnie bardzo mi się przydało.

Nie jestem przeciwniczką chrześcijańskiej duchowości, inspirowało mnie w życiu wielu artystów i filozofów, których mistycyzm wychodził z chrześcijaństwa. Cenię też wielu zwykłych ludzi mocno osadzonych w tym wyznaniu. Kiedy nosiłam pod sercem moje dziecko, zdecydowałam, by moją ciążę prowadziły dwie katolickie ginekolożki. Powód był taki, że po pierwsze nie było w pobliżu ginekolożek deklarujących duchowość słowiańską, ;) a nie wyobrażałam sobie prowadzenia ciąży przez wyznawcę li tylko kultu pieniądza lub nieempatycznego materialistę, jakich wśród lekarzy w Polsce jest niestety wielu... zbyt wielu... Wiedziałam, że u zdeklarowanych lekarzy katolickich prędzej znajdę osoby, dla których rozwijające się w kobiecym łonie życie będzie świętością. Jednakże instytucja Kościoła, wraz z jej wieloma niechlubnymi wyznawcami, dopuściła się zbyt wielu zbrodni na duchu narodu oraz pojedynczych ludzi, by można to było przemilczeć lub zaakceptować. Przejawy duchowości słowiańskiej - gdzie ich ogniem i mieczem krwawo nie tępiono - zostały przez nią skradzione i przeinaczone, często wypaczone, a wszystko po to, by judeochrześcijaństwo w swojej katolickiej odmianie mogło stać się tu duchowym okupantem.

Wielokrotnie łajałam się za to, że w ogóle do tych okupacyjnych działań nawiązuję, ponieważ jestem zdania, że najlepiej budować i odbudowywać słowiańską duchowość nie w opozycji do czegokolwiek, lecz na odrębnym gruncie. Niestety nie zawsze jest jest to możliwe. I tak, kiedy badam, analizuję i opisuję słowiańską obrzędowość, często muszę robić to, wyłuskując pierwotny sens i przebieg danego zwyczaju lub innego elementu kultury z jego późniejszej ukościelnionej wersji - i wówczas trzeba się zmierzyć również z jego wypaczeniem lub przeinaczeniem, nazywając rzeczy po imieniu, inaczej trudno wręcz dawniejszy sens pokazać innym w sposób jednoznaczny oraz zrozumiały. Nie szukam zwady, ale prawdy. A ta bywa bolesna, także dla mnie, bo nietrudno zostać oskarżonym o atakowanie cudzej religii. Zwłaszcza, kiedy jej wyznawcy uważają ją za nieomylną i jedyną właściwą...


SŁOWIAŃSKA DUCHOWOŚĆ
Do tej pory nie znalazłam w Polce słowiańskiej grupy wyznaniowej, do której chciałabym się przyłączyć. Ma to kilka przyczyn, o których może kiedyś napiszę, ale w osobnym wpisie. Poza indywidualną moją niezgodą na pewne zjawiska w rodzimowierstwie, jak większość ruchów w naszym kraju, również i te grupy dotyka coś, czego zaakceptować nie mogę - syndrom "polskiego piekiełka". Jest to jakaś nasza narodowa cecha, narodowa wada... Wszędzie, gdzie są Polacy, tworzy się "polskie piekiełko". 

Zdecydowanie najbliżej mi do słowackiego Rodneho kruhu. Znalazłam tam mnóstwo ludzi, dla których słowiańska duchowość to nie tylko wyznanie, ale przede wszystkim sposób codziennego życia. Świętowanie, wychowywanie dzieci, uprawa, hodowla, praca, związki, zabawa - duchowość naszych przodków, duchowość przyrodna - przenika każdy aspekt ich życia, z czego w naturalny sposób powstaje współdziałanie i współpraca. Nas przyjęto tam jak swoich - nigdy nie poczuliśmy się wśród nich ani jak obcy, ani jak goście (atrakcja z zagranicy). Przyjeżdżamy, rozkładamy namiot i już zostajemy wciągnięci do wspólnych zabaw, przygotowań, wspólnie uczestniczymy w obrzędach, śpiewamy, tańczymy, jemy ze wspólnego stołu, na którym leżą także nasze wypieki i owoce.

Przestałam już marzyć o tym, by taki sposób życia zaszczepić polskim Słowianom. Prowadzone przez nas przez kilka lat stowarzyszenie miało temu właśnie służyć, niestety zawiodło nasze oczekiwania. W końcu pojawiło się i w nim znajome "polskie piekiełko", któremu forma stowarzyszenia nad wyraz odpowiada (odpowiedzialność prawną za wszystko ponosi jedna osoba - prezes, natomiast decyzyjność i wyznaczanie kierunku leży po stronie zgromadzenia członków, którzy z kolei nie ponoszą żadnej odpowiedzialności = gotowy przepis na katastrofę). Z pomysłu zmieniania świata w ten sposób ostatecznie więc zrezygnowałam, sparzyłam się, więc proszę, nie wymagajcie ode mnie, bym kiedykolwiek do tego wróciła. 

W duchu słowiańskim prowadzimy dom, wychowujemy dziecko, uprawiamy niewielki ogródek w niezbyt sprzyjających uprawie górskich warunkach. W słowiańskim i wolnościowym duchu tworzę-piszę. Część domu przeznaczyliśmy na galerię sztuki (obrazy i rzeźby Jerzego Przybyła) oraz miejsce spotkań, wykładów, warsztatów. Oprócz tego bloga, który jest raczej moim osobistym miejscem w sieci, prowadzę jeszcze dwa blogi:
- poświęcony duchowości słowiańskiej i moim słowacko-słowiańskim inspiracjom PRZYPIECEK
- poświęconą naszej działalności i sztuce Jerzego Przybyła PRZYBYŁÓWKĘ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie - kim jestem

Prywatnie JESTEM SZCZĘŚLIWĄ, SPEŁNIONĄ KOBIETĄ, której dane było odnaleźć miłość swojego życia. Był taki czas, kiedy los wystawił nas na cię...