sobota, 22 stycznia 2022

Różne

© by Joanna P.Runika


Ścieram się


Ścieram się z wizją samej siebie

odbitej w szybie pośród smug,

dziecięcą rączką zostawionych śladów,

zgrubień starego szkła i plamek muszych kup.

 

Tam, za oknami, Księżyc się spełnia,

Srebrny w haremie złotych gwiazd

rozświetla sobą pościel nieba,

błękitny po bezdrożach rozrzuciwszy blask.

 

Ja tego blasku chyba w sobie nie mam...

Widzę na szybie swój przejrzysty cień:

COŚ - obrysowane odbiciem wnętrza domu:

tu szafa, tam ściany, a te kolory to przecież nasza sień...

 

Ja zaś... to tylko tamten ciemny kształt,

przez który widać Księżyc, gwiazdy, las;

samotna na bezludziu moja szklana dusza

wierząca w swoją postać... aż po brzask.

 

Za dnia się znowu będę ścierać szmatą,

wytrę wzruszenie - ramion wzruszeniem.

Nie ja byłam piękna, nie we mnie świecą gwiazdy...

Kim jestem?

W gwiazdy zapatrzonym cieniem.

 

2021




PANIE BUCZKU, BORZE

 

Panie Buczku Ścięty,

Borze przez ludzi zraniony,

Z nasion naszej miłości

Powstań odrodzony!

 

Tyle Twych córek i synów

Żywicą z ran ciętych broczy...

Co nas tak mogło opętać,

Serce i rozum zamroczyć?

 

Głęboko w sobie przecież

Czujemy to powiązanie:

Poszycie słowiańskiej duszy

Z Twoich korzeni jest tkane!

 

Ty mną, ja jestem Tobą, Borze,

W wielości jesteśmy Jednością

Wracam do ciebie-siebie, gdy wracasz...

A rany się sklepią Miłością.




*

Nie złorzecz ptakom, gdy wstają o świcie,

Że ciebie budzą, zbyt głośno świergocząc.

One dzień nowy witają i życie.

A ty co witasz, pod nosem mamrocząc?

Ucz się od ptaków lekkości istnienia,

Zachwytu chwilą, ze szczęścia śpiewania.

Naucz się od nich zachwytem dzielenia,

Dzieląc - mnożenia i mnożąc - jednania.

 

Nie złorzecz drzewom, gdy zrzucają liście.

Nie robią tego przecież na złość tobie.

Srebrne w nich znaki zaklnie mróz siarczyście -

Skrzystą zapisze treść w runie lub w kobie.

To liście-listy przez Boga pisane.

Możesz je zdeptać albo się w nie wczytać,

Odkryć, że wszystkie do ciebie są słane,

By cię nauczyć szczęście w dłonie chwytać.

 

Nie złorzecz kłączom, gdy się w nie zaplączesz

I tak jak długi upadniesz na ziemię.

Sam też w swych myślach plączesz się jak kłącze,

Niby rozumny, ale bity w ciemię.

Może upadłeś, żeby spojrzeć w niebo? -

Z ziemi jest na nie widok wprost wspaniały.

Czasem inaczej nie dojrzysz niczego,

A tak ogarniasz wszechświat spójny, cały.

 

Nie złorzecz wodzie, że kapie na głowę,

Gdy śląkwa siąpi lub siecze ulewa.

Deszcz zawsze witaj wdzięcznym, dobrym słowem -

Wszak woda w ciebie nowy zapis wlewa,

Gdy święty żywioł kropi z chmur kropideł.

Wszechduch uświęca, błogosławi wodą,

A ty się chowasz wśród dachów straszydeł

I gardzisz brzydką deszczową pogodą.


2019





*


Smok roztańczony aż do gwiazd, a ja odjeżdżam w ciszę.

Pęka czas i przestrzeń, miłość granice znosi.

Tańca jego ogień wyraźnie w sobie słyszę...

Karmię ogień drewnem - on mnie do gwiazd wynosi.

 

Tańcz, Smoku, tańcz na drewnie mojej duszy!

Niech taniec ten Wszechświat cały poruszy!

Tańcz, Ogniem tańcz na drewnie mojej duszy!

Aż w tańcu tym wszystko stare się skruszy!




Poranek we mgłach

 

Dotykam mgieł bezkształtnie rozwieszonych wkoło.

Ja wiem, na jakich kształtach dobrze by im było!

Nabieram pełną garść... smaruję twoje czoło...

Spoglądasz pomieszany. Co cię tak zdziwiło?

 

Zdejmuję z ciebie koszulę. Drży już nagie ciało.

Chwytam mokrych mgieł blade tkaniny.

Do skóry przykładam, śmiejąc się nieśmiało

Parzące to zimno - kłujące maliny.

 

Trzęsiesz się, w tę wilgoć cały obleczony...

Maleńkie kropelki dreszczem drażnią biodra.

Raz prężysz się, raz chowasz, skulony,

Z wyrzutem mi szepcząc: "Niedobra!"

 

A ja się bawię tą twoją niemotą,

Od stóp po włosy i na brzuch przykładam

Słodkie wilgotki zmieszane z ochotą;

W każdą ich kroplę pełnię siebie wkładam.

 

I nie ma na tobie miejsca jednego,

Co by od pieszczot mgieł się uchowało -

Przenikam cię nimi na wskroś całego:

Ducha twojego i Serce i Ciało.

 

W dół ramion wilgotką ci spływam,

Po nogach pnę się wytrwale,

Wciąż nowe lądy odkrywam, zdobywam,

Wypełniam sobą, nie tracąc się wcale.

 

Wargi przygryzasz, cierpisz z tej rozkoszy,

Zda się już, że nie wytrzymasz więcej.

Giniesz, bo jednak żal ci mgły rozproszyć,

Otrząsnąć głowę i otrzepać ręce.

 

Giń więc! Umieraj! A ducha wyzioń mi w usta!

Bać się nie musisz - przechowam go w sobie.

Świątynia twego ciała krótko będzie pusta -

Po chwili pocałunkiem znów zwrócę cię tobie.


02.09.2014





NIEKOŃCZĄCA SIĘ  NIGDY OPOWIEŚĆ

Jeśliś czytał tę książkę - zaczerpnij z niej wiedzy.
Ona w dwa ciebie światy naraz porywała.
D w i e m a barwami czcionki d w a różne wymiary
J e d n e j rzeczywistości ze sobą splatała.

Początkowe rozdziały niebieskie lub rdzawe:
Tu fantazja, tam jawa swe królestwa miały.
Czasem ich wojska wrogie na bitewnym polu
Uderzając na siebie, z sobą się ścierały.

Takim tylko kolorem albo drugim istniał
Człowiek – w d w ó c h jakby ludzi wewnętrznie rozdarty.
To się rumienił jawą, to błękitniał snami,
Z pełni mocy kreacji był jednak odarty.

Dopiero gdy dwie barwy w jednym akapicie,
W jednym zdaniu lub słowie płynęły - w z a j e m n i e
Sens prawdy w sobie budząc - nurt się z ram wyrywał:
To się zagłębiał w sobie, to muskał przyjemnie

Lub pozwalał pragnieniom rzeźbić obraz świata,
Który wcześniej wszystkiemu hardo opór stawiał.
Teraz nie ma już granic! Mów do Ducha Świata
I pozwól, by on także do ciebie przemawiał!

Nie opuszczając treści przypisanej jawie,
Zapuść się snem, marzeniem albo czystą wolą
W sfer dźwięczących regiony, w kosmiczną pieśń Ducha,
Jednaj w sobie wymiary, skończ ze swą niewolą!

Płyń, duszo, płyń w te dźwięki! Tańcz, gdy Wszechświat śpiewa!
W tańcu gwiazdy rwij z nieba, rozświetl nimi słowa,
Spraw, by się napełniły starych zaklęć mocą,
Przed którą świat materii nigdzie się nie schowa!

---
Przy lampionie z świetlików czytaj swą opowieść,
Której treścią jest życie – obecne, minione,
I to, które nastanie. Wszak nigdy nie gaśnie
Istnienie, boską wolą w kształt ludzki wcielone!

 

 

 

 

*

Kiedy zamykam oczy
Na słoneczny krajobraz wokoło
Z gruchotem łamanych kości
Opada lodowa kurtyna

W górze - w chmurze pyłu
Wisi martwy anioł
Pętla na jego szyi
Wżarta w bezkrwawe mięso

Nie ma w nim soków życia
Wszystko zgniło i cuchnie


Szybko otwieram oczy

Widzę słoneczny krajobraz wokoło

W górze
W chmurze
Widzę
Anioła
Zwisa
Z pętlą na szyi
Zwisa
Martwy
Z pętlą marzeń wżartą w bezkrwawe mięso

 

 



* 

Kogo zwabi
Kogo przywabi
Szkarłatny brzeg mojej sukienki?
Włosy
Jak kręte strumienie
Płynące po pościeli?
Usta
Gotowe rozmawiać
O nurtach rzek
O smaku jarzębin,
Świętych dębach,
Wielkich wojach,
Małej ćmie,
Konstelacjach gwiazd?

Kogoś już zwabił
Kogoś przywabił
Szkarłatny brzeg mojej sukienki...

Pająk czasu
Rozsnuwa lepkie nici...
Cisza zwisa się w nich
Trupim, bagiennym oparem...

Moje usta zamknięte
Ściśnięte
Do krwi

Cisza
Wsącza się w płuca.
Wypluwam ją z krwią.
Z nurtami rzek
I z smakiem jarzębin.

Mrą święte dęby
Giną, skowycząc, wielcy wojowie,
Płonie mała ćma.

W mojej furii
W jego gniewie
Wybuchają gwiazdy

Cisza zwisa się
Trupim, bagiennym oparem

I wiem -
Więdnie jak płatek róży
Szkarłatny brzeg mojej sukienki...

 

 


*

Defilada czarnych myśli
Kawaleria gorzkich łez
Szeregi pancernych wyrzutów
Pole minowe cierpienia

- Bo gdzieś jesteś Ty -
- A ja jestem tutaj -

Rozprawy sądowe bólu
Wyroki uczucia pustki
Bryły samotności - ściany
Kartka i pióro - pokuta

- Bo skoro gdzieś jesteś Ty -
- Czemu wciąż jestem tutaj -

Pokuta
Bez rozgrzeszenia

 

 

 


*

Z odmętów czarnej nocy
Z lodowatej rzeki dna
Z otchłani, z przepaści
Z piekieł, z paszczy zła

Wywiodłaś mnie, królowo.

Umęczon, zadręczon, zemęczon
Piłem ukojenie
Prosto z twoich ust.

Czymże napoję się dzisiaj?

Gdy zgasły ognie w twych oczach
Spopielał uśmiech
I w proch
Obrócił się gorąc twych dłoni.

Nie było trąb ani fletów, żałobnych bębnów ni skrzypiec
Lecz sama byłaś muzyką
Skąpaną w requiem mych jęków

I krzyków.

Teraz znów po otchłaniach
Powłóczę ochłapem mej duszy
Pomny dnia, w którym w ramionach
Tuliłem gasnącą muzykę.

Gdy gasłaś
We własnych moich objęciach.
W objęciach!
We własnych!
W tych moich!

Mi zgasłaś.

 

 

 


*

Nawet nie musisz być blisko,
By cały Zaświat grzmiał i się błyskał
Wzdęty z ciekawości o jednego ducha,
Który choć mocno wsznurowany w ciało -
Wyrwać się próbuje - kurczy się, rozpucha,
Popieleje, płonie... Ale wszystko mało...

Nawet nie musisz być blisko,
By cały Zaświat grzmiał i się błyskał
Wydęty bólem. Bo duch, który tkwi we mnie
Zemrze, zmarnieje, wszczepion w moje kości.
I raz ostatni upiory zawyją - daremnie -
Bo nic już nie wskrzesi mnie, ducha, miłości.

Lecz gdybyś był blisko...

 

 

 

 

*

Kiedy wyśliźnie się duch mój wężowy
Z jaskini ciała - z tej więziennej groty -
Wtenczas go ujrzysz: ze skrzydły nowemi
Jak staje się cały różany i złoty.

Przyfrunie jak chmurka o słońca powstaniu,
Na dłoniach twoich usiądzie i... blaknąc,
Rozpłynie się nagle niczym płatek śniegu.
Wtedy, ach, wtedy dopiero go łaknąc,

Wspomnisz uczucie, które go zrodziło,
A które nie dało mu nieśmiertelności,
bowiem nie z serca twojego wyciekło,
ale z chwilowej pożądliwości.

 

 

.


Die Verlobung
.

Die welke Erde durch einen Fluss zerschnitten
Roch nach verfaulten Blättern, Körnern, Gras.
Des krakeligen, dürren Geäst inmitten
Schwärzten sich Krähen im trüben Übermaß.

Über dem Flusse, wie Blei schwer hing der Himmel.
Die Welt zerdrückend, ließ er spüren seine Macht.
Wildeste Winde zerfetzten Wolkenschimmel
Und zupften am Gras. Geheul! Gestöber entfacht!

Im bleitrunk`nem Wirrwarr, am Ufer aus Gestein,
Auf einem Hügel, auf Fels, erblickten Krähen
Süßeste Erscheinung, wie Morgenröte fein –
Ein junges Fräulein im rosigen Kleid stehen.

Sie war so zärtlich in ihren Zügen allen
Und doch ihr Auge verfärbt von diesem Blei;
So stand sie zitternd in weiten, grauen Hallen,
Hinunterblickend in leise gurgelnden Brei.

Dem Blick folgten Tränen – sanken in den Fluten.
Das Wasser schluckte sie und gierig saugte ein.
Das Gras erfror, die Bäume schienen zu bluten;
Wellen `gen Winde stießen, erhob sich Stimme:
“Wein`!”

Die Tränen flossen. Kalt an nassen Spuren
Des Windes Hauchen. Kälter noch im Herzen,
In dem sie dieses Eise trug: spukende Figuren
Und tausend Zweifel, Ohnmacht, Wut und Schmerzen.

Die Tränen flossen. Sie weinte – das Wasser trank.
Verschwommen die Sicht – das Wasser auch verschwommen.
Könnte das wahr sein? – wär` etwas drin, wär` sie nicht krank?
Was sieht man im Wasser? Aus dem Wasser kommen?

Krüppelartiges Zeug, schlüpfrig graugrüne Haut;
Kahlköpfig, Eisäugig; Frost auf dem Munde;
Es lächelt ihr milde, bittet: “Sei meine Braut,
Mit meiner Lieb` lösch` ich den Brand jeder Wunde…”

Bebt im bleifarb`nem Saft die Brust elendgrüne,
Das armseel`ge Ding öffnet weit die Krüppel-Hand,
Zeigt sich ein Schmuck – Perlenkette wunderschöne,
Wie noch niemand gesehen, wie auch weit das Land.

“Woher hast du”, fragt sie, “die schillernden Steine,
Die mir so lieblich das Herze erhellen?”
“Das sind, mein Fräulein, die Tränen, dein Weinen.
Das hab` ich gefunden! Gefunden in Wellen!”

“Jetzt musst du zu mir, jetzt musst du zu mir kommen…
Ich geb` dir die Kette, nur werde meine Braut!
Bald wirst du die Schmerzen vergessen – nur Wonnen
Gibt es bei mir zuhaus`, jegliche Qual hier taut.”

Sie steigt den Fels herab, behext und willenlos
Tritt in den grauen Saft, tritt zum Wassermanne.
Der kochende Brei duftet weich wie das Moos;
Das Kleid schon im Wasser, die Sinne im Wahne.

Sie nähert sich dem Krüppel, sein ganzer Körper bebt,
Liebevoll streichelt er ihr` flatternden Strähnen –
Krummer Finger Haut – wie zaghaft sich sie dran klebt…
Und wie er sich freut! Vorbei des Wassermanns Sehnen!

Er legt ihr um Hals das Kettelein aus Tränen,
Vermählt sich mit ihr, genießt auch ihre Küsse.
Sie fühlt es, wie sich die Schmerzen von ihr trennen
Und will nicht mehr zurück zur Menschenwelt müssen.

Die eisige Kälte durchdringt sie mit Gewalt,
Der liebste Mund haucht ihr den Frost in die Lunge
Und in die Seele, wo er frostige Lilien malt -
Mit toten Farben bittersüß wirkt seine Zunge.

Des Wassers dichtes Blei
- die Farbe der Liebe.
Der Krähen lauter Schrei
- Lautstärke der Liebe.
Des Todes milder Trost
- die Milde der Liebe.
Des Mundes lila Frost
- die einzige Liebe…


Die welke Erde durch einen Fluss zerschnitten
Riecht nach verfaulten Blättern, Körnern, Gras…
Des krakeligen, dürren Geäst inmitten
Schwärzen sich Krähen im trüben Übermaß…

 

 

 


*

Księżyca blask osrebrza jezioro,
W którym się barwne cudacznie pluszczą stworzenia.
Wiatr, co się wszumiał w trzciny i osmagał wodę,
Zaskrzył jasną poświatą, rozsypał ją w lśnienia.

Wąsy brzozowych witek umoczone w wodzie
Łyskliwym chlupią rybkom o tych dwojgu, co tu byli
I niezwykłe słyszeli ptaki i widzieli duchy
I w czarny się klejnot jeziora wpluszczyli...

 

 

 


AN JOCHEN "EVIGA" STOCK

Schwere, uferlose Öde
befunkelt sich mit Licht,
das ihre gefror’ne Leere
mit süßem Blau durchsticht.

Schimmernde Geisterwolken
Zieh‘n dicht an mir vorüber.
Häng‘ ich an einem Stern mitten
im kosmischen Gestöber?

In meiner Seele verschlossen
pocht aller Welten Wut.
Bewegt durch Kreis-Lauf des Mondes
Zerfließ‘ ich zur Ebbe und Flut.

Schäumende Ätherströme
machen mich wieder rein;
Bin Pflanze, Mensch und Vogel
und schwebe in Alles hinein.

Entfesselt ist mein Wesen!
Befreit von Körpers Schwere –
Aus Duft und Klang gewoben
Fließt in die Höh‘ meine Seele.

Du hast sie mir vertänzelt,
Du sangst ihr Mut hinein.
Erlaub‘ ihr Dich jetzt zu grüßen,
herzliebstes Brüderlein!

Wer nach dem vollen Sein
die Sehnsucht wachsen spürte,
den Deines Gesanges Zauber
durch Himmelswege führte.

Ach, lebe im Glück und Wonne
uralter Weisheit liebstes Kind!
Geküsst sei von der Sonne
Du musizierender Wind!

 

 

 

 

*

W rodzynkowym świetle opar opiumowy...
Rwą go krople deszczu, w strzępy rozrywają.
Słyszysz? Paganini gra koncert deszczowy.
Czujesz? Łzy jak nuty w gardło się wlewają...

Strupiała nieśmiertelność, cała w mgłach skąpana,
Wybucha iskrami, dźwiękami wytryska.
Zawył duch w noc głuchą - padnij na kolana! -
Obłędnym wzrokiem błędnym ogniem błyska.

Artysta ze śmiercią się swoją nie zgodził -
Zbyt wiele w nim dźwięków, by z ciałem skruszały.
Sennie się snuje; poronne dzieci płodzi:
Sonaty-koszmary na skrzypcach zmurszałych.

Spękany kielich duszy w jego dłonie włóż -
Niechże się jej sokami do syta napoi!
Widzisz? We włosach ma pył, a na wargach kurz...
Daj mu swój niepokój - to go uspokoi.

W obłędnej muzyce, w szalonej miłości
Splatają się losy przez wieków przestrzenie.
W gniewie, w furii, w złości, w jasności, w ciemności,
Uparcie tli wściekłe istnienia pragnienie.

I po co ta walka? Po co te zmagania?
Duchu, jesteś wieczny! Czego się więc boisz?
Nagiś też jest sobą! Zrzuć stare ubrania -
Zaraz Ojciec Wszechświat w nowe cię ustroi.

 

 

 


SZUBIŃSKI LAS

Po długiej rozłące znów razem. Powracam – na krótko.
Ty patrzysz we mnie; wiatrem mi w duszę się wdzierasz
I czytasz moją tęsknotę, i szepczesz… Ja płaczę.
Też płaczesz? Nie, ty tylko płaszcz-deszczowiec ubierasz.

Zapraszasz mnie na spacer? Odmówić nie mogę!
Prowadź jak dawniej pomiędzy modrzewie i sosny,
W konwaliową dolinę, na jagodne wzgórze,
Gdzie się z nagła rozdzwaniał ptaków śpiew radosny!

Cisza. Las jak omszały grób
Marznąc we własnym smutku,
Gnijąc w liściach – stoi.

Tęskniłeś? Myślisz, że ciebie zdradziłam?
Nigdy nikomu nie byłam tak wierna – jak tobie…
Kto, jak nie ty, świata cierpliwie mnie uczył,
Kto mówił wiersze, kto leczył w chorobie,

Z kim tyle wina wypiłam, gdzie spałam, zmęczona,
Do kogo przyjaciół wiodłam letnimi nocami,
By w świetle księżyca Błędnych Ogni szukać
I straszyć się wzajemnie widami-niewidami?

Cisza. Słychać w niej kapanie
Marznących kropel
Na przegniłe liście.

Milsza mi ta pochmurność, niż by twą zieloność
Cienie naszych wspomnień rozupiornić miały!
Dziś do ciebie pasują, bo sam jak to wspomnienie
Cuchnący wilgocią, w cieniu stoisz cały.

Więc nim znowu odjadę w świat bezleśny, wrogi,
Spędźmy ten czas razem – my i te upiory,
Tam, gdzie niegdyś tliły nasze sny, marzenia,
Dziś głęboko w trupie pochowane nory.


Szubin, 23.01.2012

 

 

 


Jare Gody

Po zimie było, po mrozach:
Zdjęła z siebie Ziemia ciężkie suknie białe.
Z przebiśniegów wianki wiła,
Całkiem się w tanecznym zatraciła szale.

Uwieść pragnęło ją słońce,
Pieścił wiatr – hulaka, gwiazdy całowały,
Mżył, siąpił, dżdżył deszcz zazdrośnik,
Wezbrane rzeki siłą posiąść ją chciały.

Piękno nagie, zawstydzone,
Kosmiczną żądzę kusiło ogromnie.
I stało się: sam Gromowładny
Rozkochał się w niej bezprzytomnie…

 

 

 

*

Lasem, polem, gęstym borem
Wił się bluszczem, snuł zielenią,
Bóg o twarzach jasnych dwóch.
Już nam w oczach łzy się mienią,

Coś zapiera w piersi dech.
Połącz nas, Jaryło miły,
W jedno ciało, w jeden Duch!
By aż po sam kres w nas tliły

Wiosna uczuć; w oczach blask!
Pannę Młodą i Młodego
W Wieczniemłodą Parę zmień!
Dzisiaj Cię, boga jarego,

Chcemy pośród gości mieć.
Na wesele więc prosimy!
Z trunku, jadła, łez radości -
Świętą żertwę Ci złożymy!

***
Byłeś z nami – i zostałeś
Choć zaślubin minął czas.
Miłość! Magia! Bogi Żywe!
Wiosna wiecznie żyje w nas!

 

 

 

CHCĘ WRÓCIĆ TAM

Chcę wrócić tam, gdzie noc wciąż pachnie trawą,
A trawa rosą. Rosa – marzeniami.
Chcę bosą stopą w mokry mech się wgnieść.
Znów nie znać tej różnicy pomiędzy mną a snami!

A jeśli nie, to…


Gdy się rozświerszczy łąka, gdy zarechocze staw,
Sypną się gwiazdy z nieba prosto w otwarte dłonie.
W czarnej wody odmętach, szarpiących tatarakiem,
Ciągnąc mnie w głąb za sobą, tęsknota utonie…


.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

O mnie - kim jestem

Prywatnie JESTEM SZCZĘŚLIWĄ, SPEŁNIONĄ KOBIETĄ, której dane było odnaleźć miłość swojego życia. Był taki czas, kiedy los wystawił nas na cię...